IN MEMORIAM
ARCHIWUM
FACEBOOK
Aktualności

Benefis Zenona Laskowika

Do życia wystarczy chleb, margaryna i metka… i dobro zwycięży! Z. Laskowik Dzieła zebrane t.I., Poznań 2025, s.299

27 października br. w Teatrze Wielkim Operze Poznańskiej Zenon Laskowik pożegnał się ze sceną po 57 latach działalności artystycznej i pełnym zasłużonej, nie tylko artystycznej satysfakcji z życiowych dokonań. Uhonorowany został najwyższym odznaczeniem polskiej kultury Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Z wnioskiem o odznaczenie do Ministerstwa Kultury wystąpiła Fundacja Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego im. Wiesława Klimczaka. W uroczystości wziął udział Prezes Fundacji prof. Krzysztof Szamałek.


Uroczystość wręczenia Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”


Gratulacje od Krzysztofa Szamałka.

Do życia wystarczy chleb, margaryna i metka… i dobro zwycięży!

Tak miał zwyczaj mówić Zenon Laskowik podczas egzystencjalnych dysput studentów lat 60. w Baraczkach przy ul. Grunwaldzkiej w Poznaniu. Co prawda ze Zbigniewem Theusem spotykamy się na rozmowę o powstaniu studenckiego kabaretu Klops (prekursora słynnego Teya) i jego twórcach. Ale życie to nie tylko kabaret!

Barbara Kwiecińska-Kielczyk

27 października br. w Teatrze Wielkim Operze Poznańskiej Zenon Laskowik pożegnał się ze sceną po 57 latach działalności artystycznej i pełnym zasłużonej, nie tylko artystycznej satysfakcji z życiowych dokonań. Uhonorowany został najwyższym odznaczeniem polskiej kultury Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

A jak to się zaczęło? Opowiada o tym wieloletni przyjaciel Zenona Laskowika Zbigniew Theus: student polonistyki na UAM 1964-1969, z zamiłowania, pasji i profesji animator kultury, związany od wczesnej młodości z kulturą studencką i działalnością w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Po studiach kierował różnymi instytucjami kultury, między innymi Okręgowym Przedsiębiorstwem Rozpowszechniania Filmów, Centrum Kultury Poznania ZAMEK, był zastępcą dyrektora Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.

Zaczęło się w tym zapominanym coraz bardziej zjawisku jakim był dla naszych pokoleń studencki ruch kulturalny obecny we wszystkich środowiskach akademickich. Student Laskowik, z przekonaniem i pełną powagą ogłaszał: do życia niech wystarczy nam chleb, margaryna i kawałek metki, a DOBRO ZWYCIĘŻY! Tak perorował podczas egzystencjalnych dysput studentów lat 60. w akademikach w tym przypadku w słynnych Baraczkach WSWF przy ul. Grunwaldzkiej 55 – rozpoczyna opowieść Zbigniew.

Kuźnia pomysłów w radiowęźle

Przypomnijmy, że Baraczki to kompleks drewnianych baraków na Grunwaldzie, zbudowanych przez Niemców dla polskich robotników w czasie okupacji – już nieistniejących, gdyż ich miejsce zajmuje rozbudowa sąsiedniego szpitala klinicznego. W pierwszym okresie swego istnienia mieścił się w nich kompleks Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego (WSWF – dziś AWF).

Doskonale pamiętam moje pierwsze spotkanie z Zenkiem i przyjaciółmi w radiowęźle studenckim. Radiowęzeł to wielkie słowo! Pomieszczenie wyglądało tak, że stały dwa łóżka, nie było ani pościeli, ani koca, były tylko materace… – rozpoczyna wspomnienia Zbigniew. Nie bardzo rozumiem co ma oznaczać ten łóżkowy opis i zaczepnie pytam na co się tam koledzy umówili!

– Możesz mi nie przeszkadzać, ja o poważnych sprawach mówię – kwituje lekko poirytowany Zbyszek. I kontynuuje. – Łóżka, które wyglądały w taki sposób były siedziskami.  Zajmowali je ci, którzy „pracowali” w radiowęźle, w środku między jednym a drugim łóżkiem stały tzw. sprzęt radiowy i na pewno był tam mikrofon. W związku z tym to, co kto powiedział, co wymyślił, zaśpiewał szło w eter i to przekazywane było braci studenckiej przez głośniki w Barakach. Kierownikiem radiowęzła był Zenon Laskowik.

– Siedzibą uczelni wyższej WSWF-u były wtedy tylko te poniemieckie baraki, w których władza ludowa utworzyła uczelnię o znakomitej renomie, wysokim poziomie nauczania i niepowtarzalnej w żadnym innym miejscu studenckiej atmosferze. Pięknie tam było szczególnie w Święto 1 maja przy śniadanku na trawce – wystarczyło przekroczyć progi studenckiego pokoju a progiem tym był parapet okienny.

Jak dalej opowiada mój rozmówca bardzo ważnym rekwizytem w radiowęźle była maszynka elektryczna z płytką azbestową i rozżarzonymi sprężynkami w środku, na której stał kociołek. I kto pojawiał się w radiowęźle przynosił tzw. czar pe-ge-eru zwany też „korbolem” albo „patykiem pisane” i wlewał do kociołka. Krzyś Jaślar dodawał przyprawy, unosił się piękny zapach wina i przypraw – dominowały goździki. W pomieszczeniu większość paliła wytworne papierosy Sporty…

I w takich warunkach, rozgrzani, spoceni i zapracowani artyści tworzyli i wymyślali programy śpiewno-muzyczne początkowo dla radiowęzła uczelnianego. A z czasem, tak przypuszczam, powstawały tam różnorodne utwory i inspiracje dla kabaretu – snuje swe wspomnienia Zbyszek Theus.

Życie było i jest kabaretem

Tak dochodzimy do sedna tematu. – Kto wymyślił tego Klopsa – pytam.

Tego już nikt nie odtworzy. Tego nikt nie wymyślał, to samo się rodziło, bo i z Klopsem urodził się Zenek. Naczelny i jedyny w swoim rodzaju artysta. Jego życie było i jest kabaretem – odpowiada Zbyszek Theus. – Zenka nosiło, by dawać radość otoczeniu i równocześnie samemu radować się, cieszyć z otaczającym światem, z wszystkim co było wokół. To on dawał „spektakle i przedstawienia” nie tylko ze sceny i przy mikrofonie, ale również w życiu, na ulicy, boisku, w stołówce. Na przykład słynne były wśród studentów pierogi ruskie. Jeśli pani w barze wołała „podwójne ruskie proszę odebrać!” Zenek podchodził i mówił: bardzo przepraszam, to są pierogi radzieckie. Albo podczas Targów Poznańskich, kiedy porządku na ulicach pilnowali milicjanci z gwizdkami przy ustach, to Zenek ustawiał się za takim jegomościem. A kiedy kolega stawiał stopę na jezdni i milicjant usiłował gwizdnąć, to Zenek już gwizdał. Władzy gwizdek nie zdążył do ust, wypadał, a tłum gapiów miał świetną zabawę.

Dalej opowieść mówi o wykorzystaniu tego gwizdka podczas zaliczenia zajęć z piłki nożnej na WSWF. Laskowik zaliczał pozycję obrońcy i jak mijał go szybszy od niego napastnik, to gwizdał mu za plecami, on się wtedy odwracał i usiłował dyskutować z sędzią – jaki spalony Panie sędzio… Zeniu zaś już przejął w tym czasie piłkę i w ten sposób zaliczał zajęcia jako wytrawny, skuteczny obrońca „nie do przejścia”.

Nasze kochane Baraczki, wkrótce porosną je krzaczki

– Ja nie potrafię powiedzieć jakim programem zaczął się Klops, jaki był tytuł – ciągnie dalej Zbyszek. Ten zespół zaczęło tworzyć czworo przyjaciół studentów z WSWF: Zenon Laskowik, Krzysztof Jaślar, Aleksander Gołębiewski to artyści oraz Zbyszek Donat – kierownik organizacyjny (jak mawiał Jaślar pierwszy menedżer PRL-u, specjalista od cenzury, rozliczeń delegacji, wyjazdów, obozów no i aprowizacji). Zenek i Olek kończyli czwarty rok studiów, z drugiego roku dołączyli do nich Krzysiek i Zbyszek, pierwsze próby zaczęły się w 1968 roku, oficjalna pierwsza premiera „Sexo 68” jesienią już po wydarzeniach marcowych – przypomina Theus.

Wyższa uczelnia WSWF i Baraczki były specyficzne. Zenek napisał słynny tekst: Nasze kochane Baraczki, Baraczki, Baraczki, wkrótce porosną je krzaczki. Świat będzie o nich pamiętał, pamiętał wciąż! I to nucili wszyscy na akademiach uczelnianych, obozach, rajdach, ogniskach również przy wspomnianym grzańcu.

Słowa piosenki stały się prorocze, baraczków już nie ma, nie ma też krzaczków, a ich miejsce zajmuje Szpitalny Oddział Ratunkowy i rozbudowywane obiekty sąsiedniego szpitala klinicznego. Zaś dzisiejsza Akademia Wychowania Fizycznego od kilku dekad mieści się w nowych obiektach przy ul. Królowej Jadwigi.

Trzeba jeszcze powiedzieć, że w którymś momencie także w baraczkach powstał studencki klub o nazwie „Chochoł”. Pokój w baraku miał aż 20 może 30 m2 – szumnie nazywało się to klubem studenckim, bo każda uczelnia miała przecież ambicje, żeby mieć własny klub. Klubem studenckim WSWF słynnym na całe miasto był barak zwany przez studentów Arizoną (nie wiem dlaczego). W nim odbywały się uroczyste inauguracje roku akademickiego, wręczanie dyplomów, zajęcia i wykłady także Studium Wojskowego. A tylko w soboty, decyzją rektora Arizona była udostępniana studentom. I odbywały się w niej popularne wtedy fajfy, czyli wieczorki taneczne, grał do tańca słynny zespół Koktajle, produkowali się też przyjaciele z kabaretu Klops – snuje dalsze wspominania Zbyszek.

Rozmowy o życiu, czyli chleb, margaryna i metka

 W akademikach młodzież studencka toczyła jednak także bardzo poważne, wręcz egzystencjalne dyskusje o sensie i treści życia.

Zenek i Klops postrzegane są w kategoriach takich humorystycznych zabawiaczy i rozbawiaczy narodu czemu nie należy się specjalnie dziwić. Ale w rozmowie o zjawisku LASKOWIK to tylko kabaret był rzeczywiście sensem i sposobem na życie dla Zenona i przyjaciół. To w czasie rozmów o życiu, o tym co mamy robić, kim mamy być, jak się mamy zachowywać, jaki jest nasz stosunek do tego, co się dzieje za oknami baraczków toczyły się poważne rozmowy i spory. To z nich zapamiętałem i to jest dla mnie ważna charakterystyka Zenka, który, kiedy każdy z nas z głową w chmurach marzył i wygłaszał androny o życiu szczęśliwym, to Zenek ogłosił – co wzbudziło wtedy uśmieszki – że do życia wystarczy mu bochenek chleba, pół kostki margaryny i kawałek metki. I spuentował: „A dobro samo zwycięży!” Takim był przez całe swoje życie – snuje refleksje o przyjacielu z czasów studenckich Zbigniew Theus.

I konstatuje, że Zeniu właśnie tak wędrował, brał to, co mu los przynosił, był typowym, urodzonym – jeśli go do czegoś porównywać – takim szlachetnym prymitywistą w najlepszym tego słowa znaczeniu, niesłychanie utalentowanym twórcą ludowym Nikiforem rozrywki, który miał wszystko we wnętrzu swojego jestestwa. Z tym żył, tym się szczodrze dzielił, to z niego wypływało szerokim strumieniem, tym zarażał, nauczał i rozśmieszał, pouczał. Tak przebiegało jego życie.

Jak mówimy o studenckich losach Zenka Laskowika, to ponieważ był cenionym kabareciarzem i wszystkie akademie i uroczystości uczelniane w częściach tzw. artystycznych odbywające się w Baraczkach obsługiwali jego koledzy, to po skończeniu studiów zaproponowano mu pracę asystenta na WSWF. Ale Zeniu albo zapominał o zajęciach, albo prowadził je w sposób charakterystyczny dla siebie więc skończyło się tym – a to nie było wesołe – że uczelnia podziękowała mu za pracę. Kilka miesięcy waletował w akademikach. Wymyśliliśmy w Radzie Okręgowej ZSP, że załatwimy mu pracę kierownika w kinie „Kosmos” na ul. Dożynkowej. „Pracował” zaledwie niecałe trzy miesiące – skończyło się to podobnie jak z pracą na uczelni… – konstatuje Theus. Był poza tym, co przeciętny obywatel uważa za sens i obowiązek.

Profesjonalnie w Estradzie – Klops staje się Teyem

To, o czym opowiadam i z czego nawet nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, to było w tamtych czasach sensem naszego życia i egzystencji na uczelni, w klubach studenckich, zespołach, kabaretach, w teatrach. Tam mogliśmy czuć się wolnymi ludźmi. Czuwało dyskretnie nad nami nasze Zrzeszenie Studentów Polskich. Nie było wtedy słowa KASA, za ile nie pytano, nikt nie używał słowa dziś tak popularnego jak menadżer, pijarowiec, byliśmy razem, byliśmy bezinteresownie obecni w swoim środowisku akademickim. Jak koledzy, przyjaciele kończyli studia – mówię o Zbigniewie Napierale, Sławomirze Pietrasie, Stanisławie Nowotnym, Jacku Jaroszyku – ze względu na to, jak działali w studenckiej kulturze Poznania awansowali do profesjonalnych instytucji artystycznych. Zbyszek Napierała został dyrektorem Estrady Poznańskiej i zapewnił w niej miejsce dla trzech kolegów – artystów z Klopsa. W Estradzie nazwano kabaret Klops TEYEM – mówi mój rozmówca.

Napierała miał poważne ambicje. Jako dyrektor, nie do końca był przekonany do studenckiego charakteru programu kabaretu Tey. Postanowił wspomóc studentów aktorami zawodowymi. Pojawiło się kilku aktorów zawodowych; Piotr Sowiński mianowany przez dyr. Napierałę kierownikiem artystycznym, aktorzy scen poznańskich – legendarne postacie jak Józef „Żużu” Zembrzuski, który zasłynął wespół z Marianem Pogaszem wprowadzonym do kabarety Tey genialnym odtwarzaniem gwary poznańskiej. Rozbawiali publiczność monologami i anegdotami głównie w przerwach spektakli. Dołączyli też wtedy do Teya Michał Grudziński z Teatru Nowego i Tadeusz Wojtych z Operetki.

Żużu ostał się w zespole dłużej, ale kolegom z dawnego Klopsa po pewnym czasie, mowa tu o Zenku, Krzyśku i Olku – a zrozumiał to też dyrektor Napierała – nijak kierownictwo artystyczne zawodowców nie pasowało. Piotr Sowiński przestał im układać i recenzować programy. Stanął z boku. Pojawił się Grzegorz Warchoł genialnie wypełniający monologami program kabaretu w przerwach pomiędzy jedną częścią a drugą jako lokator wrzeszczący, że artyści zakłócają mu ciszę nocną. Dołączył już wtedy też do Teya FiUT, czyli Janusz Rewiński (Film i Uwentualnie Telewizja), następnie Bogdan Smoleń, Rudi Schubert i inni.

Charków, tow. Lenin i profesjonalni „MUZYCZNI”

– Z tego przełomu studenckiego na profesjonalny pamiętam jeszcze jak wiosną 1970 r. wyjechaliśmy pociągiem przyjaźni do zaprzyjaźnionego z Poznaniem Charkowa. Jechały chóry ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, Akademii Medycznej, koledzy z Klopsa… W zespole madrygalistów PWSM był Zbigniew Górny, który miał dołączyć do kabaretu jako chyba pierwszy profesjonalista muzyk. W Klopsie bowiem pianistami lub szerzej muzykami byli do tej pory koledzy studenci z WSWF, m.in. pianistą był dyskobol albo kulomiot, który miał tak grube palce, że przeszkadzało mu to we wciskaniu klawiszy. Wszystkie te niedobory zakrywał entuzjazm trudny dziś do wyobrażenia talent Laskowika i także Krzysztofa Jaślara piekielnie inteligentnego, bystrego i w kontrze do Zenka emocjonalnie zrównoważonego artysty i poety, wspomina Zbyszek Theus.

Zbigniew Górny przejął więc część muzyczną w kabarecie, do zespołu dołączyli studenci i absolwenci poznańskiej PWSM między innymi Hubert Szymczyński, znany dziś dyrygent Grzegorz Nowak (od 2014 roku pełni dożywotnio funkcję dyrektora Royal Philharmonic Orchestra w Londynie), przez spory czas „muzycznym” był   Krzesimir Dębski. Należy jeszcze raz podkreślić, że i tekst, i muzyka, i wykonawstwo estradowe miało swoje korzenie w tym, co w tamtym pokoleniu nazywało się kulturą studencką, tworzoną przez studentów amatorów – plastyków, czyli tych od scenografii i galerii z Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, muzyków z PWSM, tekściarzy, poetów z pozostałych uczelni.

Po Marcu 1968 w środowiskach akademickich kraju dużo zaczęło się stopniowo zmieniać. Do 1970 roku kabaret Klops osiągnął znaczące sukcesy artystyczne w środowiskach studenckich – nagrody na festiwalach, przeglądach, cieszył się dużą popularnością, był rozpoznawalny i to była powoli już prosta droga do profesjonalnej kariery z Estradą Poznańską. Był to też ten wspaniały czas, w którym nie tylko elita studencka z Poznania (Urszula Sipińska, Zdzisława Sośnicka, Janusz Nyczak, Teatr Ósmego Dnia z Tomaszem Szymańskim potem Lechem Raczakiem, Agnieszka Duczmal, kluby Od Nowa, Nurt, Cicibór i inne) wkroczyły do annałów kultury narodowej.  Tey wyszedł na duże estrady. Na Festiwalu w Opolu otrzymał „Złotą Szpilkę”. Pojawiły się występy nie tylko w sali przy ul. Masztalarskiej – dziś Scenie na Piętrze – ale i w Auli Uniwersyteckiej, nawet wielkie widowiska w Arenie. Powstały programy telewizyjne przygotowywane przez Ośrodek Telewizji Poznań na anteny ogólnopolskie – Studio Gama, Alfabet Rozrywki sygnowane napisem „program przygotowali koledzy z Poznania”. Cenzura bowiem wykreśliła nazwisko Krzysztofa Jaślara z życia publicznego i na tak zwanej przez środowisko liście płac, czyli napisach końcowych nie mogło się pojawiać.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do pociągu przyjaźni do Charkowa. Jak opowiada Theus Zenek robił różne happeningi jako ten utalentowany twórca ludowy z Poznania. Na przykład stawał przy ruchliwych przejściach czy placach Charkowa i przyjmował pozę towarzysza Lenina – przechodnie umykali.  Wiele było podobnych sytuacji wygrywanych spontanicznie na żywo.

W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem

Mówię o tym dlatego, że ważniejszą w tym wszystkim była i jest osobowość tego człowieka. Niesłychanie utalentowanego, niesłychanie wrażliwego i obdarzonego intuicją, słuchem na to, co jest wokół niego, ale i w tej w szerokiej perspektywie naszego losu. Na przykład od towarzysza Lenina i parodii w Charkowie, a na bochenku chleba, kawałku margaryny i metce kończąc. Patrzeć należy głębiej na osobowość Zenona Laskowika – mówi jego przyjaciel od wielu dekad.

Jak zaznaczyliśmy na wstępie 27 października w Teatrze Wielkim Operze Poznańskiej odbył się benefis Zenona Laskowika na okoliczność jego 80. urodzin i pożegnania artysty ze sceną.

– Jak sobie pomyślałem podczas tego wydarzenia kiedy to Zenek żegnał się z publicznością praktycznie milcząco, bo nie bardzo starczało mu już sił – to mówiły za niego obrazy, fragmenty programów i cała rzesza wybitnych uczniów naśladowców, współpracujących artystów – Zbigniew Zamachowski, Adrianna Biedrzyńska, Filip Jaślar, syn Krzysztofa Jaślara z Grupą MoCarta, Grzegorz Tomczak, Jacek Fedorowicz, Artur Andrus, Katarzyna Pakosińska, Waldemar Malicki, Hanna Banaszak, kabarety PAKA, ANI MRU MRU – że można by skwitować jego życie rozpoczynające się w baraczkach słowami apostoła Pawła. Cytatem z „Listu do Tymoteusza (2 Tm 4,7)”: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”. Amen – podsumowuje Zbigniew Theus. I na zakończenie już dodaje:

Wzruszyłem się, kiedy to w podzięce za całokształt pięknej młodości, radości i uśmiechu także później w całym moim życiu dane nam było uczestniczyć w symbolicznym zawieszeniu na szyi Zenka wstążeczek Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Zabiegali o to odznaczenie przyjaciele z odległej studenckiej młodości z Poznania wraz z kolegami z ogólnopolskiej organizacji MY_ZSP. A medal wręczał Zenonowi kolega, prof. Krzysztof Szamałek, prezes Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego.

Uroczystść wręczenia medalu.

Zdjęcie 1 z 11

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.